Translate

Sound of silence, czyli jak wyciszyłam sobie świat

 


„Hello darkness, my old friend…” – te słowa kultowego utworu mogłyby posłużyć za ścieżkę dźwiękową do sporego fragmentu mojego życia. Tyle że w moim wydaniu ta ciemność nie dotyczyła wzroku, lecz słuchu. Przez lata żyłam w przekonaniu, że mam „zły słuch”. Wszystko zaczęło się w dzieciństwie od nawracających zapaleń ucha, a na badaniach okresowych w szkole oficjalnie potwierdzono niedosłuch prawego ucha. Z biegiem czasu rozumienie mowy stało się wyzwaniem. Jeśli ktoś mówił ciszej, niemal zawsze musiałam prosić o powtórzenie.

Znajomi zachodzili w głowę, dlaczego podczas wspólnych seansów filmowych zawsze siadałam pod dziwnym kątem i odwracałam głowę bokiem do ekranu. Wyglądało to komicznie, jakbym wcale nie chciała nic słyszeć. Prawda była jednak prosta: tylko celując „lepszym” uchem w głośnik, byłam w stanie normalnie zrozumieć dialogi. Jako osoba z zaawansowanym słuchem muzycznym nie rozumiałam, czemu doskonale słyszę muzykę, a nie mogę zrozumieć słów.


Winowajca ukryty w nawyku

Okazało się, że za ten stan rzeczy nie odpowiadał pechowy los czy dawne powikłania, lecz… mój własny, nieświadomy skutków nawyk. Po każdym ziewnięciu odczuwałam w uszach nieprzyjemne rozpieranie. Żeby „wyregulować ciśnienie”, mechanicznie zatykałam nos i mocno wciągałam powietrze. Robiłam to odruchowo przez lata. Choć w przeszłości odwiedzałam lekarzy i dostawałam kolejne spraye, nikt nigdy nie zapytał, co fizycznie robię ze swoimi uszami na co dzień. Nikt nie skorygował tego odruchu, który w mojej głowie działał jak odkurzacz – zasysałam własne błony bębenkowe do środka, tworząc podciśnienie, które skutecznie blokowało dopływ fal dźwiękowych.

Czarno na białym, czyli co pokazały badania

Przełom przyszedł u niezwykle dociekliwego laryngologa, który zlecił podwójne badanie słuchu (przed i po odetkaniu ucha) oraz tympanometrię (badanie ciśnienia). Wyniki okazały się fascynującym, fizycznym dowodem na to, jak sama sabotowałam swój słuch:

  • Audiogram przed odetkaniem (Stan zablokowania): Badanie wykazało tzw. rezerwę ślimakową – wyraźny dystans między przewodnictwem kostnym a powietrznym. Oznacza to klasyczny niedosłuch przewodzeniowy: mój ślimak wewnątrz ucha działał świetnie, ale zaciągnięta i napięta błona bębenkowa fizycznie blokowała dźwięk, nie pozwalając mu dotrzeć do środka.

  • Audiogram po odetkaniu (Próba Valsalvy): Po delikatnym przedmuchaniu uszu wykresy natychmiast wystrzeliły w górę, zbliżając się do normy w większości częstotliwości! To wyjaśniało, dlaczego po odetkaniu ucha u lekarza przeżyłam szok dźwiękowy – w jednej chwili zlikwidowałam barierę, która tłumiła świat o kilkanaście decybeli. Drobny spadek w wysokich tonach, który pozostał, to jedynie niewielka, trwała pamiątka po dawnych infekcjach z dzieciństwa.

  • Tympanometria (Ciśnienie i elastyczność): W obu uszach ciśnienie wyszło idealnie prawidłowe, co oznacza, że lek i odstawienie nawyku natychmiast przyniosły skutek. Wykres prawego ucha pokazał jednak tzw. krzywą typu Ad – parametr podatności wyniósł aż 2,07 ml (gdzie norma to ok. 0,3–1,5 ml). Moja prawa błona bębenkowa jest hipermobilna, czyli po prostu wiotka. Przez lata zasysania rozciągnęła się jak balon i straciła naturalną sprężystość.

Lekarz podsumował to krótko: „Uchroniliśmy Panią przed aparatem słuchowym”.


Nowy rozdział

Obecnie przechodzę krótką kurację zaleconymi lekami, ale najważniejsza zmiana zaszła we mnie – całkowicie zarzuciłam nawyk wciągania powietrza. Jeśli po ziewnięciu czuję huk w uszach, po prostu przełykam ślinę i daję sobie chwilę na wyregulowanie. Z racji tego, że prawa błona jest jeszcze wiotka, przy ziewaniu lub przełykaniu mogą pojawiać się lekkie trzaski, ale z czasem tkanka ulegnie przebudowie i odzyska napięcie.

Teraz uczę się żyć z „nowym” słuchem. Mój mózg przez lata przyzwyczaił się do wyciszonego świata, więc codzienne dźwięki – szum wody, stukot naczyń czy głośniejsza mowa – wydają mi się początkowo aż nadto ostre. To jednak naturalny etap, bo moja kora słuchowa musi na nowo przeskalować swoją głośność.

Ta historia ma dla mnie również głęboki wymiar duchowy. Często w życiu – zupełnie jak z moim nieświadomym nawykiem – sami zakładamy duchowe blokady, które odcinają nas od prawdy i cichego głosu Stwórcy. Odkrycie prawdy o moim zdrowiu i fizyczne uwolnienie ucha przypomniały mi słowa: „I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (Ewangelia Jana 8,32). Gdy zrzuciłam barierę, którą latami sama wznosiłam, na nowo zrozumiałam, jak ważne jest właściwe i czyste słyszenie. Przecież Pismo przypomina, że „moje owce słuchają głosu mojego i Ja je znam, a one idą za mną” (Ewangelia Jana 10,27). Odtworzenie zdolności słuchania tego, co prawdziwe, stało się dla mnie zaproszeniem do głębszej wolności i otwarcia serca na Boże Słowo, które leczy wszelkie ukryte rany.

Moje życie przestało być pełne sztucznej ciszy. To teraz bardzo głośny, ale niesamowicie wyczekiwany powrót do normalności.

Komentarze